ODDECH, który zamraża ogrody
trawy
kwiaty
lasy i nieba
Spojrzeniem, które rozbrzmi nowiem
beznamiętnie
      wzajemności
      tafli wody

miododajnym płaczem parsknęłam
po krągłości skóry spływ
przez jabłczane drżenie chich
wyminięte palcem - syknął
na nosku parnym, policzku
słodyczą wilgotnej szyi
dusznym oparem karmelowego
wrzących kilka babęlków
ciepłego chichotu



+ w pogoni za powrotem +

Ludzie przychodzą i odchodzą. Nie jest to jednak podobne do innych cykli, które udało mi się zaobserwować. Kiedy zima odchodzi, zawsze można się spodziewać następnej. Ona naprawdę przychodzi i odchodzi. Zawsze wraca. Zmieniona, nie taka sama,za każdym razem inna, ale niezawodnie powraca. Zima odchodzi i przychodzi z powrotem. Ludzie przychodzą i odchodzą na zawsze.

Nie jest to cykl, a jedynie powtarzający się schemat na losowych odcinkach życia. Wynika z tego, że jeśli ktoś przyjdzie, możemy mieć pewność, że kiedyś też odejdzie. Ale jeśli ktoś odejdzie, nie mamy pewności, że ktoś inny do nas w zamian przyjdzie. Nie mówiąc już o nadziei, że ktokolwiek miałby wracać.

Prosta kalkulacja, obiektywna obserwacja - trzeba wyciągnąć wnioski i nauczyć się żyć według reguł stawianych przez rzeczywistość. Z jakiegoś powodu nigdy nie byłam w stanie się tego nauczyć, a każde kolejne potwierdzenie oczywistych schematów na nowo spycha mnie coraz niżej. 

Nie potrafię odpuścić. Raz zaprzyjaźniony na zawsze pozostaje w moim sercu. I już nie da się inaczej, nie ma alternatyw, miejsce zaklepane. Zmień się, pokaż mi, że stałeś się zupełnie inną osobą, a w moim sercu miejsce masz zarezerwowane bezwarunkowo. Udało się, lucky catch. Dożywotnie członkostwo.

Mówią mi, że nie ma powrotu do przeszłości. Że jestem teraz inną osobą, wszyscy się zmieniliśmy i niczego nie można przywrócić. Twierdzą, że jest to raczej niemożliwe. 

Smuci mnie ta wiadomość. Pomijając fakt, że jej absolutnie nie akceptuję i w nią nie wierzę, smuci mnie wizja takiej prawdy. Mówią, że jako dziecko odczuwamy sprawy inaczej, wszystko jest nieco mniej skomplikowane. Nie potrafię tego potwierdzić. Moja samoświadomość nie zmieniła się od kiedy miałam 12 lat. Dla mnie wszystkie sprawy były ważne i tak samo skomplikowane jak teraz. Przeżywałam mocno i ceniłam przyjaźń. Rozumiałam wszystko. Czułam tak samo. Z tym, że wtedy byłam szczęśliwa i ten czas pamiętam jako jedyny prawdziwie szczęśliwy w moim życiu.

Po zmianie szkoły, a w konsekwencji środowiska, raz się wewnętrznie zachwiałam i już nigdy nie wróciłam do "normy". Do tego, co było wcześniej. Gdzieś nastąpił zgrzyt i od tamtego momentu zaczęłam czuć, że nie jestem sobą. Z biegiem miesięcy i lat coraz bardziej dystansowałam się od swojego wnętrza do momentu aż nie byłam w stanie funkcjonować w rzeczywistości i rozumieć ją taką jaka jest. Obsesje, nerwica, izolacja, duże słowa, całkiem łatwo je ignorować zarówno od wewnątrz jak i z zewnątrz. Do momentu, aż ktoś będzie musiał dosłownie trzymać mnie za rękę, żebym nie zawędrowała nieco za daleko od tego świata.Trzymajcie mnie, jeśli chcecie, ja już nie zawracam sobie tym głowy.

Z dzisiejszego punktu widzenia, oceniam, że wtedy oszalałam. Ale są rzeczy, które nadal rozumiem z tamtego okresu, a nawet popieram co poniektóre. Pozostały, czy też - przetrwały we mnie, gdyż nie były konsekwencją chwilowego obłędu, a przewlekłej choroby duszy, która marnieć zaczęła dawno temu, krótko po tym jak skończyłam 13 lat oraz podstawówkę, jeden z najszczęśliwszych okresów mojego życia, gdzie miałam okazję przez rok lub dwa być tylko sobą.

Mówią, byłaś dzieckiem. Teraz jesteś kimś innym. Właśnie. Chyba w tym leży problem, ale do tego już doszłam.

Jeśli nie mogę do tego wrócić, po co iść przed siebie w ogóle? Musisz znaleźć nowy sposób na szczęście, mówią, twój własny, tak samo nowy jak ty. Ale ja nie sądzę, że oni rozumieją. To nie jestem ja. Ja, którą sobie wyobrażacie, czy może nawet widzicie, jest osłoną, jakąś dziwną naroślą, przerośniętym garbem. Dopiero pod płachtą tej zaskorupiałej persony znajduje się prawda, odepchnięta i stłamszona ja. 

Jestem tutaj, ale nie działam, nie mówię, nawet nie płaczę w nocy, bo nie ma na to miejsca. Nie ma miejsca na tyle łez zebranych przez te lata; łzy nie tylko smutne, żałosne i bolesne, ale też łzy tych wszystkich nieroześmianych radości, których mnie zimne mury więzienne pozbawiły. Wszystko co odepchnięte i zdławione skrapla się ostatecznie do niezwilgotniałego płaczu, kłębiącego się w smolistych chmurach, które nigdy nie dostają szansy na rozładowanie. Wirują i wirują, gęstnieją, a ja nie mam już więcej miejsca. Nie mam już więcej sił. A te chmury wcale nie chcą lunąć. Nie chcą się urwać, nie chcą zaryczeć piorunem. Nie ma lądów dla tych piorunów. Nie ma oceanów dla tych niedoczekanych burz. To wszystko wyparowało, zesmaliło się w okrutnej wewnętrznej suszy. 

Ja tam jestem. W duszącej mgle, w parności piekielnego upału. Na wyczerpaniu, ostatkach sił, ale to ja - to ja tam jestem, żywa, przetrwałam i przetrwam. Pytanie tylko, kiedy moja powłoka się zaciśnie i mnie zabije. Udusi zwyczajnie, ręce na krtani, zacznie się od odcięcia głosu. Już dawno się zaczęło.

Nie rozumiecie, ja nie mogę sobie wymyślić czegoś nowego, przyzwyczaić się do zmienionej siebie, pozwalać na kolejne i kolejne zmiany, moderacje, poprawki, ulepszenia. Mój rdzeń jest jeden, może być tylko pomalowany, ale to go w istocie nie zmieni, jedynie ograniczy. Każdy nowy "pomysł na siebie" to kolejna cegiełka w murze nieporozumienia. Im więcej dołożę powinności i ideałów tym mniej będę mieć okien na świat, a tym samym - świat będzie miał mniej okien na mnie.

Po co mi te ściany? O to samo się pytam, choć odpowiedź mam jak na dłoni. Strach. Nie chcę być zraniona, więc się nie pokażę. Zagram sfałszowaną kartą, lecz skoro budulcem był drżący strach, karty są żałośnie wiotkie i wyblakłe. Chwieją się na wietrze, drgają jak szalone. Niczego nie da się z nich odczytać, nikomu nie da się ich podać. Ale przynajmniej jak te się zniszczą, nie będzie mi ich szkoda. Chiński wyrób, w zapasie mam ich setki. Bezwartościowe egzystecje. 

Co innego moja rdzenna talia. Unikat. Niezastępowalny. Jeśli go stracę - nigdy nie odzyskam. Dlatego trzymam w zamkniętej skrzyni, w ciemnych piwnicach pod kamiennymi fundamentami. Mam ją. I nigdy nią nie gram.

Zapomniałam jednak, że wartościowe rzeczy nie są takimi bez przyczyny. Rdzeń mój, skompresowany najściślej w moim najgłębszym wnętrzu jest jak węgiel pod presją setek kilometrów. To nie są wiotkie karty, rozwiewane byle zefirkiem. Absolutnie. To są diamenty. Idealne struktury. Nierozrywalne. Nietykalne nawet przez cyklony.

A ja jak głupia pochowałam brylanty pod byle gruzem, w obawie, że sobie diament sam nie poradzi. Diament miałby sobie nie poradzić? Gdyby miało tak być nie byłby wart takiego schronienia...

Spoiwem dla murów są wspomnienia. Wspomnienia szczęścia, które zostało zachwiane. Prawdziwe szczęście ukryłam głęboko i nie może się wyrazić, nie może wyjść poza zatwardziałe obrazy przeszłości. Tam to szczęście się mieściło. Tam był jego dom. A zaborcza matka nie pozwoli mu stamtąd wyfrunąć. 

Sęk w tym, że ani dom, ani żadne inne miejsce, gdzie mieszkali współlokatorzy tego szczęścia, nie było i nie będzie jego granicami. To szczęście jest samoistne. Ba, niezniszczalne, diamentowe. Wieczne. Nie potrzebuje miejsca - żadnych warunków. Jest samowystarczalne, już istniejące, trwające na zawsze. Niezależne. Raz powstałe, nieodwracalne. 

Nieodwracalne.

Dlatego właśnie wierzę, że wciąż tam jest. Że trzeba je odkopać. Odkurzyć, wyciągnąć z rozsypującego się gruzowiska. Czuję, że nic się nie zmieniło, tylko zgubiło gdzieś po drodze i w celu odnalezienia siebie, muszę się jakoś wrócić. Ale to nie będzie oznaczać powrotu dokądś czy do kogoś. To, co musi powrócić, nie pochodzi z zewnętrznego świata, a mieści się wewnątrz mnie. Możliwe także, że nigdy się nie zgubiło, tylko na chwilę znikło mi z oczu. 

Niewykluczone też, że ta chwila okaże się jeszcze dłuższa. Powrót w tym wypadku nie dokona się przez obrót na pięcie. Muszę pokonać mile chwiejącego się muru, odblokować kłódki, zniszczyć przeszkody. Użyć siły. Upaść i wstać wielokrotnie. Ryczeć jak dziecko za każdą chwilę niedokonanego szczęścia po kolei, by, ciegiełka po cegiełce, oczyścić się ze śmiecia zasłaniającego mi oczy.

Nie ma sensu żałować. Wstydzić się, denerwować. Trzeba tylko płakać. Płakać, płakać i płakać. Aż wypłaczę chmury wspomnień, burze przyjaciół i pioruny miłości. Aż wypłaczę wszystkie zamglone uśmiechy i każdy odparowany śmiech. Aż wypłaczę się cała, do czysta, do pustki i przejrzystości; aż wypłaczę wszystko, co z siebie w sobie przez tyle lat trzymałam. 

0:59
I hide and cower in the corner

Conversation's getting hard
'Cause nobody seems to ask about me anymore
And nobody seems to care 'bout anything I think
And nobody seems to recognize me in the crowd
In the background screaming, "Everybody, look at me"


I used to be a darling starlet like a centerpiece

Had the whole world wrapped around my ring
I flew too closely to the sun that's setting in the East
And now I'm melting from my wings


And I'm faded away, you know, I used to be on fire

I'm standing in the ashes of who I used to be


- Halsey "Angel on fire"

podniebne życie


Mówią, że wszyscy żyjemy pod tym samym niebem, ale rzeczywistość okazuje się inna. Tak naprawdę, każdy z nas ma swój indywidualny sufit na spodniej części własnej puszki mózgowej.  Sklepienie rozciągnięte od czoła, przez czubek głowy, aż do potylicy. Czaszka, niczym panteon, jest światem, w środku którego my się odnajdujemy na poziomie mózgu; popatrz w górę, masz niebny firmament. Mówią, że świat ma kształt kulopodobny, a my chodzimy po jego powierzchni. Życie w czaszce zakłada zaś świat do kuli równie podobny, lecz my bytujemy w środku, czy też: od środka.

Ze środka. Z czaszki, podobnie jak z Ziemi, mamy widok na inny świat, czy też świat dalszy. W każdym razie, świat nadniebny, mniejsza z tym, jak następnie rozumiany. Taki świat, który w znaczącej mierze na nas wpływa, a nawet nas determinuje, podczas gdy my decydującymi dla niego nie jesteśmy. On nas kształtuje, my jesteśmy tylko jego częścią, nasze niebo ni to ochroną, ni to ukryciem, niby powłoką indywidualizującą (oddzielającą), w rzeczywistości okazuje się jedynie drogą przedarcia się w tą i z powrotem. 

Poza światem nie udało nam się jeszcze żyć na stałe. Na trochę uciec - tak. Sprawdzić jak to jest. Sen jest jak lot w kosmos. Tylko nie ten makro, a raczej mikro. Do wewnątrz. W głąb. Lecz wędrówka w stronę środka nie jest tak naprawdę ucieczką. Okazuje się, że oddalając się od naszego nieba, możemy iść tylko do środka. Tak jest zbudowana czaszka (my mieścimy się na poziomie mózgu). Podobnie eksploracja kosmosu nie jest oddalaniem się od świata, a zbliżaniem się do niego. Im dalej od Ziemi, tym więcej świata. Im dalej od wewnętrznych ścian puszki mózgowej, tym głębiej w nasze wnętrze.  

Sen uczy umierać, mówią, a może uczy żyć właśnie? Być, ale już nie poprzez czaszkę, tylko w czaszce tylko i wyłącznie. Zamknięci na tu nieistniejące, a otwarci na wszystko, co tu zgromadzone, nie da się przewidywać, ani zaprzeczyć temu co spotkamy. Im dalej od nieba, tym mniej oczywiście, logika przestaje funkcjonować; dotąd znane zasady nie znajdują swojego potwierdzenia. Niby świat ten sam, nawet szerzej nam otworzony, a w coraz węższym zakresie znajomy, czy też - zrozumiały. Na podstawie dotąd poznanych definicji i reguł, próbujemy nadać napotkanemu znaczenia, ale czasami nie możemy pojąć, skąd to wszystko się tutaj wzięło. W jaki sposób to się tutaj zrodziło? Czy naprawdę to tu istnieje?

Nic się już nie zgadza. Matematyka mówi jedno, rzeczywistość drugie. Książki twierdzą swoje, świat udowadnia własne. Świat to buntownik generalnie. Do tego uparciuch i dzieciak. Nie umie przegrywać. Wobec niego wszyscy jesteśmy na przegranej pozycji. Co najwyżej tuż pod podium.

Tak czy inaczej, wspólnota podniebna jest drugorzędna wobec rozłączności sklepień indywidualnych, które dopiero pośrednio umieszczają nas na takiej samej pozycji wobec ziemskiego nieba. Chyba, że ktoś poleci w kosmos.

W takim wypadku nie pozostaje nic co by nas łączyło.  

mienią się szklane,
ale tylko dlatego,
że co falą przyniosło
na piasek zaschło,
a palące policzki rozgotowały
go w ciecz - i utknął
w oczach niby szklarniach,
chowają
co dzikie raz było, w palarniach
umarło

Ósmego dnia 
Pójdę tam gdzie ja zechcę
Gdzie nikt nie musi mnie chcieć 
Gdzie jestem bezpotrzebnie 
Samoistnie 
Od tak

Nie do końca gdzieś
 jakieś moje tam 
Tam gdzie można 
Gdzie nie trzeba 
Wszytsko sam 

Upragnione tu 
Tu stracone 
Tu nieosiągnięcie 
Tu wspanialsze 
Tu nietutejsze
Tu dalekie 
Tutaj tam

O tyle ponad,
że nie poniżej
O tyle poza,
że dalej niż bliżej
O tyle poza
że nie szczerej
a uciekinierskiej myśli
uczepione

byłam zbudowana z
wiecznego światła
morskiej otchłani
wiekowych pni
gór
żyznej ziemi

został ze mnie lichy kwiat
o ledwie otwartym kielichu
opuszczonym liściu
podsuszoną łodyżką

ledwie
słyszalnym
zapachu

wątłej
woni
szeptu

ochrypłym
aromacie
syku

Słowa są dziwne. Niby się przydają, a jednak zdają się tylko komplikować.

Słowa są niematerialnym budulcem świata. Światów. Wypowiedziana jest w nich przeszłość, przepowiedziana przyszłość. Teraźniejszość mamy jedną, za każdym razem nową, zaktualizowaną, świadomość za późną - opóźnioną.

Uchwycone w słowie, w momencie jego sformułowania, już przeszło do zapamiętanego. Widzisz, że teraz się uśmiecham, nie widziałeś tego wczoraj, zatem opowiem ci, opiszę wspomnienia.

Wspomnienie zaś, przewrotnie, choć jest pamiątką z przeszłości, istnieje właśnie teraz. Opowiadając o nim, mówię w istocie o moim obecnym stanie - o tym co teraz siedzi mi w głowie, jakie obrazy, jakie tożsamości.

Bez słów nie bylibyśmy niczym więcej niż kłębkiem stale kotłujących się emocji, nieprzerwanie zmieniającą się miną. Nie byłoby miejsca na sztuczne uprzejmości, kulturowe uwarunkowania czy inne etykiety i kategorie. Tylko emocje, bez szansy argumentacji. Szczerość, fair play albo siła.

W słowach kryje się nieugięta siła. Taka, co małych wznosi ponad chmury, wielkich zniża do poziomu kantorka pod schodami. Siła bez oparcia w złocie, waluta umowna, sama w sobie.

Wszak wiadomo, że od początku było słowo.

neon w płynie
piorun w tafli
chwiejne istnienia
nieschnące farby
świetlany bukiet
rusałek ślad
kwiecistej skóry

Tak, jest we mnie ta pięciolatka 
którą byłam czternaście lat temu 
Ale to nie nią płaczę 
kiedy boję się 
co pomyślą 
Kiedy cofam się przed śmiechem 
Kiedy drżę zamiast krzyczeć 
Kiedy pochlipuję zamiast ryczeć 
patrząc w oczy matki zaciskam usta 
 mijając znajome twarze serce zaczerniam 
Kiedy żałuję, tęsknię, 
powstrzymuję się od marzeń 
nie nią, pięcioletnią,
lecz dziewiętnastoletnią płaczę 

Jestem tu przed Wami nowa,
Dziewiętnastoletnia
wątpiąca, wątpliwa, wątła, przezroczysta
Narcyza odbiciem (woda nieprzejrzysta)
Echa głosem, kwiatu cieniem
wczoraj sennym marzeniem
Śmieje się tylko zapomnianym uśmiechem
Raduje się tylko przedawnionym wspomnieniem
Całuje nieobecne miłości
Ściska dalekie bliskości
a kiedy kocha,
lecz przez lody i mrozy się nie przedostaje,
wtedy nie sobą, dziewiętnastoletnią,
ale pięcioletnią płacze







Szum w uszach
szmer we włosach
krok serca

piana fali
echo pary
dech w piersiach

rzęsa samotna
głowa prosto
twarz do góry nogami

kaleka pierwotna
skacze z mostu
leci do tyłu latami

pamięć bezdenna
na serca dnie
w oku drugie dno

z tyłu głowy
baranów sześć razy sto

na końcu języka

tęsknię za czasami
kiedy oczy nie
zamykały się latami

tęsknię za latami
kiedy oczy nie
zamykały się czasami

.~♥~.


2:18
długa przerwa, mówiłam, że nigdy nie wracam
oto jestem, nagłe pożegnania, niespodziewane powroty
niby od początku, a jednak znowu, następnie, dalej
nikt nie będzie tego czytał, dobrze
tylko ja, za kilka lat, po tym jak drugi raz powiem,
że nie wrócę