Mówią, że wszyscy żyjemy pod tym samym niebem, ale
rzeczywistość okazuje się inna. Tak naprawdę, każdy z nas ma swój indywidualny
sufit na spodniej części własnej puszki mózgowej. Sklepienie rozciągnięte od czoła, przez
czubek głowy, aż do potylicy. Czaszka, niczym panteon, jest światem, w środku
którego my się odnajdujemy na poziomie mózgu; popatrz w górę, masz niebny
firmament. Mówią, że świat ma kształt kulopodobny, a my chodzimy po jego
powierzchni. Życie w czaszce zakłada zaś świat do kuli równie podobny, lecz my
bytujemy w środku, czy też: od środka.
Ze środka. Z czaszki, podobnie jak z Ziemi, mamy widok na
inny świat, czy też świat dalszy. W
każdym razie, świat nadniebny, mniejsza z tym, jak następnie rozumiany. Taki
świat, który w znaczącej mierze na nas wpływa, a nawet nas determinuje, podczas
gdy my decydującymi dla niego nie jesteśmy. On nas kształtuje, my jesteśmy
tylko jego częścią, nasze niebo ni to ochroną, ni to ukryciem, niby powłoką
indywidualizującą (oddzielającą), w rzeczywistości okazuje się jedynie drogą
przedarcia się w tą i z powrotem.
Poza światem nie udało nam się jeszcze żyć na stałe. Na
trochę uciec - tak. Sprawdzić jak to jest. Sen jest jak lot w kosmos. Tylko nie
ten makro, a raczej mikro. Do wewnątrz. W głąb. Lecz wędrówka w stronę środka
nie jest tak naprawdę ucieczką. Okazuje się, że oddalając się od naszego nieba,
możemy iść tylko do środka. Tak jest zbudowana czaszka (my mieścimy się na
poziomie mózgu). Podobnie eksploracja kosmosu nie jest oddalaniem się od
świata, a zbliżaniem się do niego. Im dalej od Ziemi, tym więcej świata. Im
dalej od wewnętrznych ścian puszki mózgowej, tym głębiej w nasze wnętrze.
Sen uczy umierać, mówią, a może uczy żyć właśnie? Być, ale
już nie poprzez czaszkę, tylko w
czaszce tylko i wyłącznie. Zamknięci na tu nieistniejące, a otwarci na
wszystko, co tu zgromadzone, nie da się przewidywać, ani zaprzeczyć temu co spotkamy.
Im dalej od nieba, tym mniej oczywiście, logika przestaje funkcjonować; dotąd
znane zasady nie znajdują swojego potwierdzenia. Niby świat ten sam, nawet
szerzej nam otworzony, a w coraz węższym zakresie znajomy, czy też -
zrozumiały. Na podstawie dotąd poznanych definicji i reguł, próbujemy nadać
napotkanemu znaczenia, ale czasami nie możemy pojąć, skąd to wszystko się tutaj
wzięło. W jaki sposób to się tutaj zrodziło? Czy naprawdę to tu istnieje?
Nic się już nie zgadza. Matematyka mówi jedno, rzeczywistość
drugie. Książki twierdzą swoje, świat udowadnia własne. Świat to buntownik
generalnie. Do tego uparciuch i dzieciak. Nie umie przegrywać. Wobec niego
wszyscy jesteśmy na przegranej pozycji. Co najwyżej tuż pod podium.
Tak czy inaczej, wspólnota podniebna jest drugorzędna wobec rozłączności
sklepień indywidualnych, które dopiero pośrednio umieszczają nas na takiej samej
pozycji wobec ziemskiego nieba. Chyba, że ktoś poleci w kosmos.
W takim wypadku nie pozostaje nic co by nas łączyło.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz