Syropim wężykiem wyfrunęła bolesna
w maryjnym pośpiechu zastygła
połyskliwa, zarosła pod polikiem
wygiętym do rozprysku suchoty
krzywym - rwący ślinotok porywczy
z ostrzem w gardzieli, duchem w płucach
zatrzaśniętym, smutny
co krzyż wyciąga
i klatkę ściska.

Szczerze do siebie


1. Idea
Na początku była nadzieja. Na oko kryształowa, w rzeczywistości plastikowa, całkiem przejrzysta, co najmniej prześwitująca. Grunt jałowy zupełnie, nawet od czystej kartki bardziej opustoszały - przeźroczystej mgiełki zaledwie skrawek. Dlatego właśnie taki ponętny, atrakcyjny niczym witryna sklepowa w dżdżysty dzień. Szyba o łzawym płaszczu, powykrzywiane towary, na wyciągnięcie ręki, za barierą dotyku zimnego szkła. 
Na początku była nadzieja. Lecz nudno jej było samej. Wtedy zasadziła ziarenko, a z niego, bardzo szybko, jak grzyby po deszczu, wyrosła wątpliwość. 

2. Beta
Nie ma pytań bez żadnej, choćby domniemanej, odpowiedzi. Pytanie jest jak filar, ale tylko jeden. By podtrzymać rzeczywistość potrzeba drugiego; symetrycznego, który będzie pasować - niczym odpowiedź. W ten sposób właśnie się łapię - gazet, kartonów, kawałków gipsu, pogłosek, półidei z odzysku, zachowanych na później gwoździ i pomysłów, by mniej więcej, jako tako, ze sklejki przyjaznej środowisku postawić w końcu jakiś niechwiejny, może jeszcze nie filar, ale chociaż filler, na chwilę. Na wszelki wypadek. Taki a nuż. 
Dziur w nim coraz więcej, byle czym zaklejam; przecieka, co wpadnie pod rękę, tym zatykam. Stęka, kruszy się, kurczy, ugina. Rąk mi brakuje, by konstrukcję podtrzymać. Pytań przybywa, odpowiedzi ubywa. 

3. Alternatywa
Podczas gotowania obiadu w pomieszczeniu przez jakiś czas unosi się woń przygotowywanych potraw. Nie zawsze jest to pożądany zapach, szczególnie jeśli kuchnia jest połączona z salonem, a co gorsza z sypialnią, czy też w ogóle z całą resztą mentalnej kawalerki. Oczywiście sprawna wentylacja jest podstawą utrzymania neutralnego zapachu w domu, jednak skutecznym i szybkim sposobem na odświeżenie powietrza jest także rozpalenie kadzidła lub świeczek zapachowych. Dla wzmocnienia efektu warto spryskać pomieszczenie mgiełką zapachową, którą możemy także nosić na skórze dla stałego poczucia świeżości. Wstawienie kwiatów do pokoju również odwraca uwagę od zapachów, których mamy już dość. Nie zaszkodzi również zainwestować w proszek do prania o silnym zapachu, by wyprać wszystkie ubrania, firanki, obrusy, prześcieradła i poszewki z unoszącego się niepożądanego zapachu, a przy tym utrzymać ich świeżość. Podobny efekt osiągniemy poprzez dokładne umycie włosów aromatycznym szamponem oraz przepłukanie dłoni wodą zapachową kilka razy, dla pewności. 
Ostatecznie, jeśli skutek nie jest wystarczający, zawsze można, dla zabicia niechcianego zapachu, zacząć gotować inne potrawy i inne dania, pierwsze, drugie, lub takie przeznaczone na odmienne okazje, śniadania, lunch, kolację, desery, podwieczorki, przystawki, przekąski, na miejscu, na wynos, na później, na jutro, na zapas, w zamiarze pozbycia się tego nieustannie unoszącego się zapachu niedogotowanego jeszcze obiadu, na który czekam i czekam, i czekam, i czekam, i czekam, i czekam, na szczęście mam się czym zająć - szukam co to nowych zapachów, które mogę stworzyć, a potem je wąchać i je wdychać i nimi oddychać, choć czasami, tak się zdarza, że w trakcie węszenia ciągłego, od tego czekania i czekania przebudzi mnie budzik jakby, bo zasłyszany, nie wywąchany, gdzieś z dołu, to chyba w brzuchu jakieś głodne, zapomniane, jak to się nazywało, no... burczenie...

4. Obsesja
Obsesja to studium niewidzialnego. 
Na początku była nadzieja. Ale każdy początek, by zaistnieć, musi przynieść czemuś koniec. Ściślej rzecz ujmując, początek jest pewnym skutkiem, koniec - przyczyną, a połączone w ten sposób tworzą przejście płynne i na tyle nieprzerwane, że wręcz nierozerwalne, niemalże tożsame. Jedno oznacza drugie. W ten sposób odcinek, mający początek i koniec, stał się okręgiem, symbolizującym cykl, w którym początek i koniec są tak samo umowne jak realnie nieistniejące. 
Poprawię się zatem: nadzieja pojawiła się wśród i pomiędzy, z nagła i wcale nie na początku tej opowieści. 

Jestem
koziorożcem od urodzenia, niebieskooka z przekonania, ruda z wyboru.

Choć minęło już osiem lat, każde urodziny wciąż odczuwam jak mój osobisty dzień świstaka i dziwię się: czemu te świeczki nie mówią "dwanaście"? Jestem pewna, że od święta Trzech Króli 2010-ego roku nie minęła ani sekunda. Wydaje mi się też, że właśnie wtedy dostałam w prezencie mój własny aparat, z funkcją nagrywania - co ważne, gdyż przyczynił się ten aparat do rozwoju wielu dalszych wypadków, które, swoją drogą, udowadniałyby ten nieodczuwalny,w  moim mniemaniu, upływ lat, lecz, paradoksalnie, uwiecznione nagraniem wydarzenia nie opuszczają już teraźniejszości na krok.

Najstarsza piosenka, która odsyła mnie do "kiedy się to wsazystko zaczęło" to "Who am I to say" Hope. Słuchałam jej płacząc z tęsknoty za moim pierwszym najznakomitszym przyjacielem.

Tęsknota, żal i samotność to trzy słowa zawierające większość stanów, które się mną opiekują.

Przeszywam ludzi sercem, byłam nazywana "medium", empatą, dzieckiem indygo, ale sama widzę siebie jako motyl. Gdybym miała wybrać swoje spirit animal albo dajmona, to byłby to właśnie ten  insekt o zmiennej naturze.

Ktoś kiedyś powiedział, że jestem w bliskich kontaktach ze śmiercią. Nie boję się po nią sięgnąć, zadzwonić, kopę lat, co słychać? Dlatego, że się przemieniam. Z życia w życie, z osoby w osobę, z poczwarki w motyla, płomień, róże, pył, płaczącą wierzbę za oknem. Każdy poranek jak zmartwychwstanie, uśmiercam przeszłość, by dać życie przyszłości.

 


Rysuję. Nie ma początku. I nie napotkałam końca. Rysuję, czas teraźniejszy, nieprzerwany, rozciągły. Więcej się nawet za tym kryje, bo rośnie ze mną ten nawyk jak włosy; jest moją fryzurą, częścią mnie naturalną, a z wizerunkiem moim tożsamą mimochodem.

Jestem osobą o myśleniu plątanym, otóż nie znoszę zabobonów, opowiadam się za logiką, prawdą definiowaną przez fakty, poszukuję argumentów przejrzystych, sceptycyzm jako dyskurs odwagi; jednocześnie zaś świat widzi mi się w symbolach i czytam go jak poezję. Podsumowując, nie wierzę w Boga, ale ludzi w moim życiu traktuję jak anioły.

Czyn to pewny rezultat każdej mojej myśli. Moje dłonie są bezpośrednio podpięte pod mój umysł, bliższa przez ręce droga do głowy niż z serca. Myśli i uczucia idą swoimi ścieżkami, jedno nerwem, drugie żyłą. I już moja w tym głowa, żeby dać ujście obu.

Zawsze najbardziej mnie interesowało, dlaczego ludzie myślą w sposób, jaki myślą.

W pewnym momencie zaczęłam wierzyć, że można wszystko. Nadal się z tym zgadzam. Technicznie rzecz ujmując, nic nigdy naprawdę nie stoi na drodze do czynienia. Decyzja to klucz uniwersalny do absolutnie wszystkich drzwi, a jak się okaże inaczej, pozostają okna. Jestem niezachwianie przekonana co do możliwości. Wątpliwość leży jednak gdzie indziej - w wartości?


Estetyka odgrywa jedną z głównych ról w mojej osobie, a potrzeba osiągnięcia jakiegoś wizualnego ideału ujawnia się ciągle. Jeśli ubrania, to konkretne. Jeśli fryzura, to określona. Jeśli blog, to specyficzny. Jeśli muzyka, to uważnie dobrana. Nawet charakter pisma, przećwiczony.

Charakter mam zadziorny, wcale nie taki werterowski, przez pomyłkę może się taki wydać. Samosią jestem wielką, po mojemu albo wcale, tak jak ja chcę albo płacz - lub co najmniej żywe przekonywanie (trzeba było się nauczyć trochę dyplomacji, żeby stawiać na słuszniejszym, czyli - jak wiadomo - swoim).

Łatwo odczuwam odrzucenie. Nikt jednak nie musi mnie tak traktować. Rdzeń mój charakteryzuje się poczuciem porzucenia. Wewnątrz mnie jest dziecko, bobas zgubiony gdzieś po drodze, wypadł, upadł, zapomniany na środku drogi między górą a morzem.

Piszę dzienniki, pamiętniki od 2009 roku. Nie czytam, tylko piszę. Zawsze o tym samym. Szlifuję jedną rzeźbę. Do perfekcji. Platońskim sposobem, kiedyś dojdę do prawdziwej ekspresji idei mojej tożsamości.

Utożsamiam się z mitologicznym Narcyzem, choć mam podejrzenia, że do klinicznego terminu też mi niedaleko.


Rankiem potrafię uwierzyć w zbawienie świata nawet przy użyciu własnych rąk, a tego samego dnia wieczorem zabraknie mi towarzysza i przy kolacji z księżycem umówię się z nim, że to już koniec z tym beznadziejnym życiem.

Moja dusza została odwzorowana w twórczości Mariny and the Diamonds, a odkrycie jej muzyki uważam za wydarzenie cudowne, natrafiłam bowiem na najbardziej trywialny owoc jej działalności, mianowicie teledysk do piosenki "How to be a heartbreaker" pewnej północy na tumblerze i kto by pomyślał, że z takiego przypadkowego spotkania zrodzi się prawdziwa miłość.

Czekolado. Ile jesteś warta, ten tylko się dowie...

Pamiętam jedną letnią noc nad morzem z rodzicami. Wracaliśmy do hotelu, spacerując pod gwieździstym niebem. Miałam lat 9, maksymalnie 10. Patrzyłam w niebo, i pytałam tatę: czy kosmici istnieją? Czy życie poza Ziemią jest możliwe? Może ludzkość jest wielkim eksperymentem, a może gwiazdy już dawno pogasły, a może nigdy ich nie było, a co się stanie jak Słońce zgaśnie? Tatę winię za moją refleksyjną naturę, która wkrótce poprowadziła mnie przez definiowanie duszy, sensu istnienia, aż do nihilizmu po kuszącej zachciance sprawdzenia, czy po życiu naprawdę życia już nie ma.

Był moment, kiedy naprawdę mało mnie zostało, koniuszkiem tylko gruntu dotykałam, dryfowałam głównie, zimny zefir nocą mi już nie dokuczał; gdy mróz ustępuje z nagła, mówią, że to wtedy następuje koniec.

Jestem
koziorożcem od urodzenia, choć barana mam w księżycu i to wszystko wyjaśnia. Niebieskie oczy "zmieniają kolor", gdyż nie mają niebieskiego pigmentu, a jedynie taką strukturę powierzchniową, która odbija światło w różnych odcieniach błękitu w zależności od kąta patrzenia. A jestem brunetką. Szatynką. Nigdy nie rozróżniałam.