+ w pogoni za powrotem +
Ludzie przychodzą i odchodzą. Nie jest to jednak podobne do innych cykli, które udało mi się zaobserwować. Kiedy zima odchodzi, zawsze można się spodziewać następnej. Ona naprawdę przychodzi i odchodzi. Zawsze wraca. Zmieniona, nie taka sama,za każdym razem inna, ale niezawodnie powraca. Zima odchodzi i przychodzi z powrotem. Ludzie przychodzą i odchodzą na zawsze.
Nie jest to cykl, a jedynie powtarzający się schemat na losowych odcinkach życia. Wynika z tego, że jeśli ktoś przyjdzie, możemy mieć pewność, że kiedyś też odejdzie. Ale jeśli ktoś odejdzie, nie mamy pewności, że ktoś inny do nas w zamian przyjdzie. Nie mówiąc już o nadziei, że ktokolwiek miałby wracać.
Prosta kalkulacja, obiektywna obserwacja - trzeba wyciągnąć wnioski i nauczyć się żyć według reguł stawianych przez rzeczywistość. Z jakiegoś powodu nigdy nie byłam w stanie się tego nauczyć, a każde kolejne potwierdzenie oczywistych schematów na nowo spycha mnie coraz niżej.
Nie potrafię odpuścić. Raz zaprzyjaźniony na zawsze pozostaje w moim sercu. I już nie da się inaczej, nie ma alternatyw, miejsce zaklepane. Zmień się, pokaż mi, że stałeś się zupełnie inną osobą, a w moim sercu miejsce masz zarezerwowane bezwarunkowo. Udało się, lucky catch. Dożywotnie członkostwo.
Mówią mi, że nie ma powrotu do przeszłości. Że jestem teraz inną osobą, wszyscy się zmieniliśmy i niczego nie można przywrócić. Twierdzą, że jest to raczej niemożliwe.
Smuci mnie ta wiadomość. Pomijając fakt, że jej absolutnie nie akceptuję i w nią nie wierzę, smuci mnie wizja takiej prawdy. Mówią, że jako dziecko odczuwamy sprawy inaczej, wszystko jest nieco mniej skomplikowane. Nie potrafię tego potwierdzić. Moja samoświadomość nie zmieniła się od kiedy miałam 12 lat. Dla mnie wszystkie sprawy były ważne i tak samo skomplikowane jak teraz. Przeżywałam mocno i ceniłam przyjaźń. Rozumiałam wszystko. Czułam tak samo. Z tym, że wtedy byłam szczęśliwa i ten czas pamiętam jako jedyny prawdziwie szczęśliwy w moim życiu.
Po zmianie szkoły, a w konsekwencji środowiska, raz się wewnętrznie zachwiałam i już nigdy nie wróciłam do "normy". Do tego, co było wcześniej. Gdzieś nastąpił zgrzyt i od tamtego momentu zaczęłam czuć, że nie jestem sobą. Z biegiem miesięcy i lat coraz bardziej dystansowałam się od swojego wnętrza do momentu aż nie byłam w stanie funkcjonować w rzeczywistości i rozumieć ją taką jaka jest. Obsesje, nerwica, izolacja, duże słowa, całkiem łatwo je ignorować zarówno od wewnątrz jak i z zewnątrz. Do momentu, aż ktoś będzie musiał dosłownie trzymać mnie za rękę, żebym nie zawędrowała nieco za daleko od tego świata.Trzymajcie mnie, jeśli chcecie, ja już nie zawracam sobie tym głowy.
Z dzisiejszego punktu widzenia, oceniam, że wtedy oszalałam. Ale są rzeczy, które nadal rozumiem z tamtego okresu, a nawet popieram co poniektóre. Pozostały, czy też - przetrwały we mnie, gdyż nie były konsekwencją chwilowego obłędu, a przewlekłej choroby duszy, która marnieć zaczęła dawno temu, krótko po tym jak skończyłam 13 lat oraz podstawówkę, jeden z najszczęśliwszych okresów mojego życia, gdzie miałam okazję przez rok lub dwa być tylko sobą.
Mówią, byłaś dzieckiem. Teraz jesteś kimś innym. Właśnie. Chyba w tym leży problem, ale do tego już doszłam.
Jeśli nie mogę do tego wrócić, po co iść przed siebie w ogóle? Musisz znaleźć nowy sposób na szczęście, mówią, twój własny, tak samo nowy jak ty. Ale ja nie sądzę, że oni rozumieją. To nie jestem ja. Ja, którą sobie wyobrażacie, czy może nawet widzicie, jest osłoną, jakąś dziwną naroślą, przerośniętym garbem. Dopiero pod płachtą tej zaskorupiałej persony znajduje się prawda, odepchnięta i stłamszona ja.
Jestem tutaj, ale nie działam, nie mówię, nawet nie płaczę w nocy, bo nie ma na to miejsca. Nie ma miejsca na tyle łez zebranych przez te lata; łzy nie tylko smutne, żałosne i bolesne, ale też łzy tych wszystkich nieroześmianych radości, których mnie zimne mury więzienne pozbawiły. Wszystko co odepchnięte i zdławione skrapla się ostatecznie do niezwilgotniałego płaczu, kłębiącego się w smolistych chmurach, które nigdy nie dostają szansy na rozładowanie. Wirują i wirują, gęstnieją, a ja nie mam już więcej miejsca. Nie mam już więcej sił. A te chmury wcale nie chcą lunąć. Nie chcą się urwać, nie chcą zaryczeć piorunem. Nie ma lądów dla tych piorunów. Nie ma oceanów dla tych niedoczekanych burz. To wszystko wyparowało, zesmaliło się w okrutnej wewnętrznej suszy.
Ja tam jestem. W duszącej mgle, w parności piekielnego upału. Na wyczerpaniu, ostatkach sił, ale to ja - to ja tam jestem, żywa, przetrwałam i przetrwam. Pytanie tylko, kiedy moja powłoka się zaciśnie i mnie zabije. Udusi zwyczajnie, ręce na krtani, zacznie się od odcięcia głosu. Już dawno się zaczęło.
Nie rozumiecie, ja nie mogę sobie wymyślić czegoś nowego, przyzwyczaić się do zmienionej siebie, pozwalać na kolejne i kolejne zmiany, moderacje, poprawki, ulepszenia. Mój rdzeń jest jeden, może być tylko pomalowany, ale to go w istocie nie zmieni, jedynie ograniczy. Każdy nowy "pomysł na siebie" to kolejna cegiełka w murze nieporozumienia. Im więcej dołożę powinności i ideałów tym mniej będę mieć okien na świat, a tym samym - świat będzie miał mniej okien na mnie.
Po co mi te ściany? O to samo się pytam, choć odpowiedź mam jak na dłoni. Strach. Nie chcę być zraniona, więc się nie pokażę. Zagram sfałszowaną kartą, lecz skoro budulcem był drżący strach, karty są żałośnie wiotkie i wyblakłe. Chwieją się na wietrze, drgają jak szalone. Niczego nie da się z nich odczytać, nikomu nie da się ich podać. Ale przynajmniej jak te się zniszczą, nie będzie mi ich szkoda. Chiński wyrób, w zapasie mam ich setki. Bezwartościowe egzystecje.
Co innego moja rdzenna talia. Unikat. Niezastępowalny. Jeśli go stracę - nigdy nie odzyskam. Dlatego trzymam w zamkniętej skrzyni, w ciemnych piwnicach pod kamiennymi fundamentami. Mam ją. I nigdy nią nie gram.
Zapomniałam jednak, że wartościowe rzeczy nie są takimi bez przyczyny. Rdzeń mój, skompresowany najściślej w moim najgłębszym wnętrzu jest jak węgiel pod presją setek kilometrów. To nie są wiotkie karty, rozwiewane byle zefirkiem. Absolutnie. To są diamenty. Idealne struktury. Nierozrywalne. Nietykalne nawet przez cyklony.
A ja jak głupia pochowałam brylanty pod byle gruzem, w obawie, że sobie diament sam nie poradzi. Diament miałby sobie nie poradzić? Gdyby miało tak być nie byłby wart takiego schronienia...
Spoiwem dla murów są wspomnienia. Wspomnienia szczęścia, które zostało zachwiane. Prawdziwe szczęście ukryłam głęboko i nie może się wyrazić, nie może wyjść poza zatwardziałe obrazy przeszłości. Tam to szczęście się mieściło. Tam był jego dom. A zaborcza matka nie pozwoli mu stamtąd wyfrunąć.
Sęk w tym, że ani dom, ani żadne inne miejsce, gdzie mieszkali współlokatorzy tego szczęścia, nie było i nie będzie jego granicami. To szczęście jest samoistne. Ba, niezniszczalne, diamentowe. Wieczne. Nie potrzebuje miejsca - żadnych warunków. Jest samowystarczalne, już istniejące, trwające na zawsze. Niezależne. Raz powstałe, nieodwracalne.
Nieodwracalne.
Dlatego właśnie wierzę, że wciąż tam jest. Że trzeba je odkopać. Odkurzyć, wyciągnąć z rozsypującego się gruzowiska. Czuję, że nic się nie zmieniło, tylko zgubiło gdzieś po drodze i w celu odnalezienia siebie, muszę się jakoś wrócić. Ale to nie będzie oznaczać powrotu dokądś czy do kogoś. To, co musi powrócić, nie pochodzi z zewnętrznego świata, a mieści się wewnątrz mnie. Możliwe także, że nigdy się nie zgubiło, tylko na chwilę znikło mi z oczu.
Niewykluczone też, że ta chwila okaże się jeszcze dłuższa. Powrót w tym wypadku nie dokona się przez obrót na pięcie. Muszę pokonać mile chwiejącego się muru, odblokować kłódki, zniszczyć przeszkody. Użyć siły. Upaść i wstać wielokrotnie. Ryczeć jak dziecko za każdą chwilę niedokonanego szczęścia po kolei, by, ciegiełka po cegiełce, oczyścić się ze śmiecia zasłaniającego mi oczy.
Nie ma sensu żałować. Wstydzić się, denerwować. Trzeba tylko płakać. Płakać, płakać i płakać. Aż wypłaczę chmury wspomnień, burze przyjaciół i pioruny miłości. Aż wypłaczę wszystkie zamglone uśmiechy i każdy odparowany śmiech. Aż wypłaczę się cała, do czysta, do pustki i przejrzystości; aż wypłaczę wszystko, co z siebie w sobie przez tyle lat trzymałam.
0:59
I hide and cower in the corner
Conversation's getting hard
'Cause nobody seems to ask about me anymore
And nobody seems to care 'bout anything I think
And nobody seems to recognize me in the crowd
In the background screaming, "Everybody, look at me"
I used to be a darling starlet like a centerpiece
Had the whole world wrapped around my ring
I flew too closely to the sun that's setting in the East
And now I'm melting from my wings
And I'm faded away, you know, I used to be on fire
I'm standing in the ashes of who I used to be
- Halsey "Angel on fire"

