Wpadliśmy na siebie jak grom z jasnego nieba
sztorm zabujał nas przez te lata karuzelą
burzliwe noce, krople oszczepem przekuwały coraz
to szersze tafle, pozatapiane kopytem po kość całą
deszcze gęste jak grzywa rozpędzonego rumaka, gnaliśmy
nie znaliśmy ukojenia, a wkrótce
lejąca się kurtyna przeszarzała się do
monotonnej mżawy, deszczyku ledwie co
kapuśniaczek
co pokropi
to uschnie w chwilę
zeschnie
wyschnie
nie było go i zniknie...
