Jestem
koziorożcem od urodzenia, niebieskooka z przekonania, ruda z wyboru.

Choć minęło już osiem lat, każde urodziny wciąż odczuwam jak mój osobisty dzień świstaka i dziwię się: czemu te świeczki nie mówią "dwanaście"? Jestem pewna, że od święta Trzech Króli 2010-ego roku nie minęła ani sekunda. Wydaje mi się też, że właśnie wtedy dostałam w prezencie mój własny aparat, z funkcją nagrywania - co ważne, gdyż przyczynił się ten aparat do rozwoju wielu dalszych wypadków, które, swoją drogą, udowadniałyby ten nieodczuwalny,w  moim mniemaniu, upływ lat, lecz, paradoksalnie, uwiecznione nagraniem wydarzenia nie opuszczają już teraźniejszości na krok.

Najstarsza piosenka, która odsyła mnie do "kiedy się to wsazystko zaczęło" to "Who am I to say" Hope. Słuchałam jej płacząc z tęsknoty za moim pierwszym najznakomitszym przyjacielem.

Tęsknota, żal i samotność to trzy słowa zawierające większość stanów, które się mną opiekują.

Przeszywam ludzi sercem, byłam nazywana "medium", empatą, dzieckiem indygo, ale sama widzę siebie jako motyl. Gdybym miała wybrać swoje spirit animal albo dajmona, to byłby to właśnie ten  insekt o zmiennej naturze.

Ktoś kiedyś powiedział, że jestem w bliskich kontaktach ze śmiercią. Nie boję się po nią sięgnąć, zadzwonić, kopę lat, co słychać? Dlatego, że się przemieniam. Z życia w życie, z osoby w osobę, z poczwarki w motyla, płomień, róże, pył, płaczącą wierzbę za oknem. Każdy poranek jak zmartwychwstanie, uśmiercam przeszłość, by dać życie przyszłości.

 


Rysuję. Nie ma początku. I nie napotkałam końca. Rysuję, czas teraźniejszy, nieprzerwany, rozciągły. Więcej się nawet za tym kryje, bo rośnie ze mną ten nawyk jak włosy; jest moją fryzurą, częścią mnie naturalną, a z wizerunkiem moim tożsamą mimochodem.

Jestem osobą o myśleniu plątanym, otóż nie znoszę zabobonów, opowiadam się za logiką, prawdą definiowaną przez fakty, poszukuję argumentów przejrzystych, sceptycyzm jako dyskurs odwagi; jednocześnie zaś świat widzi mi się w symbolach i czytam go jak poezję. Podsumowując, nie wierzę w Boga, ale ludzi w moim życiu traktuję jak anioły.

Czyn to pewny rezultat każdej mojej myśli. Moje dłonie są bezpośrednio podpięte pod mój umysł, bliższa przez ręce droga do głowy niż z serca. Myśli i uczucia idą swoimi ścieżkami, jedno nerwem, drugie żyłą. I już moja w tym głowa, żeby dać ujście obu.

Zawsze najbardziej mnie interesowało, dlaczego ludzie myślą w sposób, jaki myślą.

W pewnym momencie zaczęłam wierzyć, że można wszystko. Nadal się z tym zgadzam. Technicznie rzecz ujmując, nic nigdy naprawdę nie stoi na drodze do czynienia. Decyzja to klucz uniwersalny do absolutnie wszystkich drzwi, a jak się okaże inaczej, pozostają okna. Jestem niezachwianie przekonana co do możliwości. Wątpliwość leży jednak gdzie indziej - w wartości?


Estetyka odgrywa jedną z głównych ról w mojej osobie, a potrzeba osiągnięcia jakiegoś wizualnego ideału ujawnia się ciągle. Jeśli ubrania, to konkretne. Jeśli fryzura, to określona. Jeśli blog, to specyficzny. Jeśli muzyka, to uważnie dobrana. Nawet charakter pisma, przećwiczony.

Charakter mam zadziorny, wcale nie taki werterowski, przez pomyłkę może się taki wydać. Samosią jestem wielką, po mojemu albo wcale, tak jak ja chcę albo płacz - lub co najmniej żywe przekonywanie (trzeba było się nauczyć trochę dyplomacji, żeby stawiać na słuszniejszym, czyli - jak wiadomo - swoim).

Łatwo odczuwam odrzucenie. Nikt jednak nie musi mnie tak traktować. Rdzeń mój charakteryzuje się poczuciem porzucenia. Wewnątrz mnie jest dziecko, bobas zgubiony gdzieś po drodze, wypadł, upadł, zapomniany na środku drogi między górą a morzem.

Piszę dzienniki, pamiętniki od 2009 roku. Nie czytam, tylko piszę. Zawsze o tym samym. Szlifuję jedną rzeźbę. Do perfekcji. Platońskim sposobem, kiedyś dojdę do prawdziwej ekspresji idei mojej tożsamości.

Utożsamiam się z mitologicznym Narcyzem, choć mam podejrzenia, że do klinicznego terminu też mi niedaleko.


Rankiem potrafię uwierzyć w zbawienie świata nawet przy użyciu własnych rąk, a tego samego dnia wieczorem zabraknie mi towarzysza i przy kolacji z księżycem umówię się z nim, że to już koniec z tym beznadziejnym życiem.

Moja dusza została odwzorowana w twórczości Mariny and the Diamonds, a odkrycie jej muzyki uważam za wydarzenie cudowne, natrafiłam bowiem na najbardziej trywialny owoc jej działalności, mianowicie teledysk do piosenki "How to be a heartbreaker" pewnej północy na tumblerze i kto by pomyślał, że z takiego przypadkowego spotkania zrodzi się prawdziwa miłość.

Czekolado. Ile jesteś warta, ten tylko się dowie...

Pamiętam jedną letnią noc nad morzem z rodzicami. Wracaliśmy do hotelu, spacerując pod gwieździstym niebem. Miałam lat 9, maksymalnie 10. Patrzyłam w niebo, i pytałam tatę: czy kosmici istnieją? Czy życie poza Ziemią jest możliwe? Może ludzkość jest wielkim eksperymentem, a może gwiazdy już dawno pogasły, a może nigdy ich nie było, a co się stanie jak Słońce zgaśnie? Tatę winię za moją refleksyjną naturę, która wkrótce poprowadziła mnie przez definiowanie duszy, sensu istnienia, aż do nihilizmu po kuszącej zachciance sprawdzenia, czy po życiu naprawdę życia już nie ma.

Był moment, kiedy naprawdę mało mnie zostało, koniuszkiem tylko gruntu dotykałam, dryfowałam głównie, zimny zefir nocą mi już nie dokuczał; gdy mróz ustępuje z nagła, mówią, że to wtedy następuje koniec.

Jestem
koziorożcem od urodzenia, choć barana mam w księżycu i to wszystko wyjaśnia. Niebieskie oczy "zmieniają kolor", gdyż nie mają niebieskiego pigmentu, a jedynie taką strukturę powierzchniową, która odbija światło w różnych odcieniach błękitu w zależności od kąta patrzenia. A jestem brunetką. Szatynką. Nigdy nie rozróżniałam.