Nadzieja wypełniająca jaśniejące niebo i
pierwszy, najpiękniejszy promień o świcie,
błyszczący między młodymi, szepczącymi łzami
pomiędzy którymi bystry czmycha zefirek,
co tajemnicą owiał krajobraz
co się skrada
co się ukrywa
który zachęca dzikie, łagodne ptaki,
aby śpiewać sielską pieśń,
lecz cicho, ukradkiem,
w milczeniu zanuciły błagania;
jedyną prawdziwą modlitwę.
Wnet podniosły lament przy kolejnym szepcie łez,
gdy płaszczem okrył cię wiatr,
gdy skądś z góry znów spadł deszcz.

To nie było tak, że nikt go nie słuchał. 
On sam ucichł, zaniemówił, stracił głos; 
Przestał rozmawiać i nikt go nie zmuszał. 
Chyba sam zgotował sobie taki los. 

Wydawało mu się, że przyszła zima, 
Każdy podmuch wiatru, nawet zefirek, 
Obsypywał go gradem mroźnych igieł 
I nikt nie czuł chłodu, z którym on się mijał. 

Jego ciało, jeszcze kruchsze niż wcześniej, 
Przy każdym kroku było bliższe ruinie. 
Każdy ruch odczuwał coraz boleśniej, 
Każdy upadek przypominał lawinę. 

Nie zauważył, kiedy przestał oddychać, 
A jego cienkie skrzydła zaczęły gnić 
Opadły, zwiędły i jęły się usychać. 
Powoli upadał, nie mogąc już śnić. 

 Tak zaczęły się topić, ta para arcydzieł. 
Nie wiedział nawet, gdzie morze je zabiera. 
Koło niego trzepotało wiele barwnych skrzydeł, 
Więc nikt nie zauważył, że motyl umiera.